Spread the love

Mozaika z El Djem, Tunezja – tłumaczenie przysłów

Jak często zastanawiamy się na sensem własnej pracy?
Myślę, że w ostatnich latach, na szczęście coraz częściej.
Ja lubię sobie robić takie zawodowe rozkminy egzystencjalne. Ostatnio wróciłam do szkoły, więc zainteresowałam się metodologią poznawania tematu, która od wieków (a przynajmniej od trzech reform edukacji) sprawia, że temat lekcji pierwszej brzmi Definicja.

Tłumaczenie w ubiegłej erze

Tłumaczenia są stare jak komunikacja międzyludzka.
Już milion lat temu pewien zmarznięty człekoształtny podszedł do wygrzanego w ogniu człokoształtnego i pomagając sobie rękami i stopami pytał „Ty dać światło?”.
Potem długo nic doniosłego nie działo się na polu translatoryki. Aż wreszcie narodził się Cyceron, który mówił, że tłumacząc (traducere) przeprowadzamy słuchacza z jednego miejsca w drugie. Miało to wiele sensu, bo starożytni Rzymianie ciągle się przeprowadzali, w końcu mieli do skolonizowania naprawdę potężny kawał świata. Pracy dla tłumaczy było sporo, bo w Cesarstwie mówiono kilkudziesięcioma językami. Ponadto Rzymianie leczyli swoje kompleksy, ucząc się Greki – języka największych naukowców i myślicieli tamtych czasów.

Tłumaczenie w ubiegłych epokach

W wiekach średnich, nie bez powodu nazywanych ciemnymi, w zasadzie tłumaczono tylko pisma święte i to wyłącznie na łacinę. Tu pewną ciekawostkę wprowadził święty Hieronim, uważany za patrona tłumaczy. Stwierdził mianowicie, że słowo boże tłumaczyć należy możliwie najwierniej, najlepiej zachowując, oprócz sensu, również melodię, rytm i liczbę słów (deal with this, MT!).

Średniowiecze szczęśliwie zakończyło się i oby nigdy nie wróciło. W erze wielkich odkryć i wypraw, rozwoju handlu na niespotykaną skalę znów osoby dwu i więcej języczne miały zajęcie. Ale do samej operacji przekładu podchodzono bezrefleksyjnie. Chodziło o proste zastąpienie pewnego sformułowania w jednym języku jego ekwiwalentem w drugim. Tłumaczenie polegało na prostej substytucji. Tu Google Translate byłby jak znalazł. W sumie chodziło o to, by sprzedać lub kupić i zarobić. Jeśli przy okazji wybuchły jakieś nieporozumienia, potyczki czy wojenki, to trudno, i tak planowaliśmy was podbić!

Historia najnowsza

W sumie dopiero w ubiegłym wieku, gdy świat, a przynajmniej znaczna jego część zaczęła efektywnie dążyć do globalnego pokoju, zrozumiano jak ważne jest dogłębne porozumienie się ponad podziałami językowymi. Wraz z tworzeniem się wielkich organizacji międzynarodowych powstał zawód tłumacza, który powoli zyskiwał pewien status, no może statusik. Niektórzy lingwiści zaczęli rozbierać operację przekładu na części pierwsze i zastanawiać, o co w zasadzie chodzi.
Prosta substytucja, czyli ekwiwalencja słów, a nawet materiału tekstowego w jednym języku materiałem tekstowym w drugim, nie spełnia swojego zadania, gdy w grę wchodzi porozumienie na poziomie wartości. Zaczęto dostrzegać pragmatyczną stronę tłumaczenia, czyli spoglądać w stronę odbiorcy tłumaczenia. Czy u niego, to co słyszy/czyta w języku docelowym wywołuje takie same lub zbliżone skojarzenia jakie wywoływało w języku źródłowym? Jak to sprawdzić?

Definicja obecna

Z tych rozważań powstała klasyczna definicja mówiąca, że tłumaczenie polega na odtworzeniu w języku docelowym możliwie najdokładniejszego komunikatu (message).
Tę wciąż obowiązującą definicję uzupełnia się o kolejne elementy. Mianowicie komunikat ten ma być jak najdokładniejszy pod względem treści, formy, formatu, stylu i oddziaływania. Więc w zasadzie chodzi o stworzenie naśladowczej oferty informacyjnej osadzonej w języku i kulturze odbiorcy.

Im bardziej zwracamy się w stronę odbiorcy, tym dalej jesteśmy od autora. Czy to jest ok?

Obrazek pochodzi z Wikipedii https://en.wikipedia.org/wiki/Languages_of_the_Roman_Empire

 

Spread the love

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *